PRZESZCZEP

No cóż, nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi pisać o tym tak szczegółowo. Jest to bardzo osobiste i zarazem trudne. Nie robiłabym tego gdyby nie tragedia jaką spotkała moją znajomą. 

Chciałabym w tym tekście pokazać jak wygląda ciemna strona przeszczepów trzustek. Wierzę, że są również udane przeszczepy tego narządu (mówię o przeszczepie samej trzustki - nie trzustka + nerka), ale ja o takim nie słyszałam...


Przeszczepy trzustek robi się z wielu powodów, jednak z mojej wiedzy największą ilość robi się z powodu cukrzycy - aby zahamować powikłania lub nie dopuścić do nich, aby poprawił się komfort życia chorego.


Czy wiecie jakie to uczucie kiedy od wielu wielu lat choruje się na cukrzycę i nagle dowiadujesz się, że w Polsce są przeszczepy trzustek i że to oznacza, że można się pożegnać z tą chorobą?!
W moim przypadku - ogromne wzruszenie zmieszane z nadzieją, że w końcu będę mogła odpocząć od cukrzycy, że nawet jeśli tylko 1 dzień będę zdrowa to i tak będzie to dla mnie dużo!

No więc zdecydowałam się. Po szeregu badań (wszystkiego - od zębów przez serce do jelit), które trwały ok. roku zostałam wpisana na listę biorców. Po ok. pół roku (czas oczekiwania jest bardzo różny) dostałam informację, że jest dla mnie dawca. Ten dawca nadawał się dla jeszcze dwóch osób oprócz mnie, ale nie wdając się w szczegóły, to ja finalnie poszłam na stół operacyjny.

Pierwsze dni pamiętam jak przez mgłę. Rzygałam jak kot a pielęgniarki krzyczały na mnie "że muszę brać te tabletki, że nie mogę zwracać!" (tak jakbym miała nad tym kontrolę...)

Gdy już odzyskałam świadomość było strasznie. Tak - strasznie. Nie wiedziałam, że człowiek może tak bardzo się źle czuć. Miliony kabli, kroplówek, sonda włożona przez nos do żołądka, dodatkowo czułam jakbym miała gorączke 50 stopni C... Próbowałam spać, ale to nie było takie łatwe... Opieka była nieciekawa- pielęgniarki krzyczały, żebym nie wierciła się tak bo zawijam kable, przez kilka dni leżałam nago, dopiero profesor zwrócił uwagę, aby mnie ubrano. Nikt mi nic nie mówił o moim stanie. Wchodzili i wychodzili, nikt nie był zainteresowany rozmową. Dopiero od siostry dowiedziaam się, że mam bardzo duży stan zapalny (crp kilkaset) i nie wiadomo co będzie. Faszerowali mnie antybiotykami na oślep, bo nie wiedzieli co jest dokładnie przyczyną. Lekarze nie chcieli rozmawiać ani ze mną ani z moją rodziną... Do tego po kilku dniach doszły bardzo silne bóle mięśni, morfina nie pomagała... Ból od nóg doszedł do szczęki - nie mogłam jeść (przez kilka pierwszych dni byłam tylko na worku żywieniowym, później kleik i w końcu stały pokarm)... nikt nie wytłumaczył mi co się dzieje, nie wiem czy oni sami wiedzieli...
W szpitalu spędziłam 5 tygodni, dostałam wszystkie możliwe antybiotyki, aż w końcu któryś zadziałał. Trzustka działała przez 6 m-cy, ale nie bardzo mogłam się nacieszyć brakiem cukrzycy bo przez ten czas byłam jeszcze osłabiona.

Po odrzuceniu przeszczepu odmówiono mi wycięcia dodatkowej trzustki, zasłaniali się zbyt wysokim ryzykiem operacyjnym. Spytałam czy to ryzyko jest większe niż przy wkładaniu tej trzustki - "nie"... no cóż ale za wyciąganie nikt nie płaci a za wkładanie owszem (NFZ). Odrzucanie i stany zapalne, które w związku z tym miałam sprawiło, że przez pona pół roku co chwila trafiałam do szpitala - worek żywieniowy (co oznacza 0 jedzenia doustnego) + antybiotyk - przez 1-2 tyg, wychodziłam do domu na kilka, kilkanaście dni i historia powtarzała się...

W którymś momencie trzustka "uspokoiła się", do tej pory jednak mam bardzo wrażliwe jelita (to do nich przyszywana jest dodatkowa trzustka), co kilka, kilkanaście dni mam spore problemy żołądkowo jelitowe. Oprócz tego oczywiście mam cały czas cukrzycę i to w gorszym wydaniu przez te wszystkie zmiany w organiźmie, cały czas muszę również brać tabletki na odrzucanie - co kosztuje niemało i ma sporo powikłań dla organizmu i cukrzycy.


Koleżanka z łżka obok po przeszczepie zwijała się z bólu. Nie pomagała mofrina, tramal, ketonal, nic... Błagała mnie o pomoc, mówiła, że ona nie chce już żyć, że nie da rady już wytrzymać tego bólu.. nie umiałam jej pomóc, a jej głos i to co mówiła do dziś jest traumą w mojej pamięci. Okazało się , że organizm od razu odrzucił jej trzustkę, z powodu bardzo silnego bólu i zagrożenia zdrowia i życia usunięto jej narząd. 

Najgorsza historia to ta mojej znajomej - jej narzeczony (w lutym miał być ślub!) miał od kilku lat cukrzycę. Nie miał jeszcze powikłań mimo to on jak i lekarze zdecydowali się podjąć ryzyko przeszczepu trzustki. W dużym skrócie: chłopak był otwierany kilkukrotnie, w końcu wypisano go do domu ale nie poprawiało się, dziś rano dostałam informację, że znów trafił na stół operacyjny ale tym razem już nie przeżył... miał 32 lata... zostawił narzeczoną i rodzinę w głębokiej rozpaczy, żalu... tragedia.

Żeby było jasne - nie jestem przeciwniczką przeszczepów - często ratują one życie innych i ja sama po śmierci oddałabym swoje organy. Przestrzegam jednak przed przeszczepami trzustek - zbyt dużo przeżyłam, widziałam i słyszałam okrutnych historii na ten temat... Lekarze Wam tego nie powiedzą...

Jeśli ktokolwiek z Was lub Waszych bliskich zastanawia się przed takim przeszczepem proszę rozważcie to, skontaktujcie ze mną. Niech to będzie Wasza świadoma decyzja z wiedzą jak może być fajnie ale również jak może być źle po takiej operacji.